O autorze
Od kilkunastu już lat zajmuje się tematyką kreowania relacji (Clienting) z Klientami i Rynkiem - prowadząc szkolenia, konsultacje i sesje coachingowe realizowane według autorskich metod wywodzących się z behawioralnego nurtu psychologii. Prywatnie znawca, kolekcjoner i miłośnik szwajcarskich zegarów, prawdziwego dowodu na istnienie Deus ex machina :)
Mój blog > Psychologia pomaga w biznesie
Twitter > Szybkie 150 znaków

Polski polityk to zły wzór dla biznesu

Jest taka żelazna zasada w sprzedaży, której uczą się handlowcy już na starcie swojej zawodowej kariery. Mówi ona, że aby dobrze sprzedać i zyskać zaufanie Klienta, handlowiec powinien zapytać go, o jego potrzeby i oczekiwania. Nie domyślać się ich, nie narzucać Klientowi swoich przekonań, nachalnie nie wmawiać mu, co jest dla niego dobre, ale mądrze prowadząc z nim dialog, uzyskać informacje o tych potrzebach, oczekiwaniach, czasami marzeniach i pragnieniach. Po prostu dowiedzieć się - jakie one są, i spróbować ustalić - dlaczego są właśnie takie. To kanon dobrego kreowania relacji, nie tylko przecież handlowych. Dlaczego zatem w polskiej polityce zasada ta zdaje się nie obowiązywać?

Dlaczego większość polskich polityków, ot, chociażby kandydaci startujący w wyborach prezydenckich, oświadczają w wystąpieniach - co mi zapewnią, co dadzą, co zagwarantrują? W swoich monologach zdają się lepiej ode mnie wiedzieć, czego mi potrzeba, o czym myślę, czego pragnę? Znają moje marzenia lepiej niż ja sam!



Wszystko to robią, na mój koszt, za publiczne, czyli tak naprawde moje pieniądze, choć - jak dotąd - żaden z nich nie zapytał mnie o to, czego ja oczekuję, czego potrzebuję? Polscy politycy nie czynią nic, aby dowiedzieć się - cóż takiego chciałbym "kupić", nie dociekają także dlaczego właśnie to. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że nigdy tego nie zrobią, choć już uzurpują sobie prawo, do tego, aby mówić w moim imieniu i urządzać mój świat.



Ich działania to tak naprawdę mniej lub bardziej miękka presja wmawiania mi, co jest dla mnie dobre, a co złe. Jestem traktowany przez nich, jak niedorozwinięty Klient, któremu trzeba urządzić mieszkanie, kupić samochód, ubranie czy zdecydować za niego, co będzie jadł na śniadanie lub obiad. Wyobrażacie sobie taką sytuację, w której idziecie z dziewczyną na kolację, a to kelner decyduje czy w ogole, i co będziecie jedli oraz pili?

Mam taką myśl, w sumie smutną konstatację - gdyby handlowcy zachowywali się jak współcześni polscy politycy i w taki sposób traktowali swoich Klientów, jak polityk wyborców - szybko zostaliby bez pracy i padliby z głodu. Nie sprzedaliby niczego i nikomu. Polski polityk anno domini 2015 - to zły wzór dla sprzedawcy. Niestety!
Trwa ładowanie komentarzy...